32407

Jesteś traktowany jak bydlę. I właśnie tak się czujesz, patrząc na nieróżniących się od siebie „ludzi” obok – ogolona głowa, pasiasta piżama, spojrzenia pozbawione wyrazu, apatyczne albo pełne strachu. Jedyne, co cię wyróżnia, to numer, choć każdy ma równie dehumanizujący ciąg cyfr. Twój to 32407. Ten numer jest wytatuowany na twojej skórze. Twojej. Tej, która miała ci służyć całe życie, a została bezczelnie sprofanowana.

Nazywałeś się Lale Sokolov, ale równie dobrze możesz o tym zapomnieć. Od teraz wszystko, co cię definiuje to 32407 i noszenie żółtej gwiazdki na piersi – oznacza to bycie Żydem.

Wydaje ci się, że w gorszej sytuacji nie można się znaleźć. Gorzej już być nie może, prawda? Owszem, może. Zachorowałeś. I to całkiem poważnie – tyfus.

Każdy oddech to istna agonia, a to nie wszystko. Ból, który nasila się z każdym twoim krokiem, można porównać do ubiczowanego Jezusa, z koroną cierniową na głowie, który niesie krzyż na wzgórze swojej przyszłej śmierci – tak samo się czujesz, tyle że bez poczucia sensu. Bez poczucia, że robisz to dla kogoś lub czegoś. Cierpisz bezsensownie, a to jest w tym wszystkim najgorsze.

Płoniesz od środka, w efekcie czego jesteś oblepiony potem. Pomimo twojego rozgrzanego ciała, czujesz się, jakbyś się znajdował na Syberii w sezonie szczytu chłodów.

Kolejnego ranka twoje nogi odmawiają posłuszeństwa.

Porzucony. Myślisz, że takim słowem zaraz ktoś będzie mógł ciebie opisać. Kto by się tobą w ogóle przejmował? Twój powrót do zdrowia, trwający siedem dni, postępuje bardzo powoli, a przez cały ten czas jesteś nieprzytomny. Chwilę po zachorowaniu, esesmani zabierają cię na wózek ze zmarłymi i konającymi, ale niewyróżniający się więzień uratował ci życie, wypychając cię z wózka. Za to reszta więźniów opiekowała się tobą nocami – jeden wlewał wodę do twoich ust, drugi robił ci okłady z czegokolwiek, co ochładzało, a trzeci intensywnie zmawiał dziesiątki różańca w twojej intencji. Czujesz radość – w końcu niecodziennie ktoś w takich warunkach zaczyna ryzykować swoje życie, aby ocalić twoje. Nawet jeśli tylko „symbolicznie”. Nawet jeśli zrobili to tylko po to, aby pokazać, że nie są zwierzętami. Że są ludźmi, którzy zachowują się jak ludzie.

Budzisz się, gdy opiekuje się tobą mężczyzna imieniem Pepan, obdarzony twarzą ostrą jak brzytwa. To on ci o tym wszystkim powiedział. Zdradził ci, że jest tatuażystą. Tym tatuażystą – to on napisał twoje dehumanizujące 32407. Daje ci propozycję pracy z nim. Po chwili wahań i jego namów… zgadzasz się.

Tatuujesz. Tatuujesz. Każda wypalona przez ciebie liczba na cudzej skórze, daje ci uczucie, jakbyś kogoś mordował, ale nie możesz przestać, bo wtedy to ty zostaniesz zamordowany.

 

Tekst jest zainspirowany trzema pierwszymi rozdziałami (z prawie trzydziestu) „Tatuażysty z Auschwitz” Heather Morris. Książka jest oparta na faktach.

Aleksander Wesołowski, kl.  I LI