Szalona osiemnastka w podróży transsyberyjskiej .Część III

Dzień 8
Cyk, cyk i wstanę. Śniadanko, plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami (ze sprawdzonym polarem oraz kurtką od deszczu, bo jest średnia pogoda) i aparat w dłoń. Chyba tyle, biorąc pod uwagę plan dzisiejszego dnia. Co będę robić? Zwiedzać wyspę UAZem. A może raczej objeżdżać ją. 
Wychodzę za teren, gdzie mieszkam i przed moimi oczami pojawia się właśnie UAZ (jest zdjęcie i najlepiej je sobie zobaczyć. Dodać mogę też to, że w środku nie ma się czego trzymać). Wcale nie przesadzę, jeżeli napiszę, że jadę drogą pionowo w górę i w dół, po dołach i nic się nie dzieje.

Jeżeli chodzi o wyspę, to nie przyjrzałam się wszystkiemu wczoraj i robię to teraz. Cały Olchon porastają dwie formacje roślinne: step albo tajga (według mnie mieszają się tu strefy klimatyczne). Na tym pierwszym są niskie, zielone i wysokie, złociste trawy, a także mchy, skrzypy, rzadko rosnące krzewinki i krzaczki oraz oczywiście kwiaty- różowe, białe, żółte, fioletowe, niebieskie i mlecze. Lasy są iglaste, sosnowo- modrzewiowe i jak już gdzieś są, to porastają dosyć duże obszary.
Roślinki opisałam, to jeszcze przydałoby się wiedzieć, jak wygląda krajobraz. Tam, gdzie występuje step jest płasko, a gdzie las, najczęściej są pagórki i drobne wzniesienia. Zbocza/ brzegi wyspy są strome, kamieniste i urwiste. Jak dla mnie to taki kawałek raju na ziemi – stoję sobie na krawędzi, po lewej stronie i przed sobą mam zielonkawą, przejrzystą wodę, a po prawo step albo las… idealnie.
Niezwykle ciekawym dla mnie zagadnieniem jest ekologia. W końcu Bajkał jest wpisany na listę UNESCO i intryguje mnie, w jaki sposób wszystko zorganizowano. Wszędzie przecież, gdzie jest człowiek, są i niestety odpady oraz zanieczyszczenia. Po całodziennym jeżdżeniu jednak stwierdzam, że tu zobaczyłam może ze 3 leżące luzem śmieci. Niewiarygodne i absolutnie fantastyczne zjawisko.
Po paru godzinach właściciele domków, w których mieszkamy organizują nam obiad. Też w fajnym miejscu, bo w altance przy jednym z miejsc, gdzie można pochodzić. W menu zupa rybna z ziemniakami, marchewką, papryką i koprem, sałatka z ogórków, pomidorów i rzodkiewek, a na deser pierniki czekoladowe albo miętowe.
Zaraz po jedzeniu ruszam z powrotem do miejscowości, z której przyjechałam. Jazda z pełnym żołądkiem nie jest dobrym pomysłem. Na szczęście w moim przypadku nie na tyle złym, żeby była jakakolwiek rewolucja.

Dzień 9
Drugi i za razem ostatni poranek na cudownym Olchonie niestety wita mnie mżawką.
Po śniadaniu i spakowaniu bagaży wsiadam do UAZa,, którym jadę nad brzeg jeziora, aby kilkanaście minut później przesiąść się do łódeczki i przepłynąć na południowy kraniec Bajkału. Fale nie są specjalnie duże, ale w środku, gdzie siedzę, jest zimno. Zasłonki chroniące przed wiatrem są nieszczelne i bardzo rześkie powietrze wpada do środka (na cale szczęście mam koszulę na długi rękaw, polar i kurtkę, co daje chociaż odrobinę ciepła).
Po dwóch godzinach przenoszę się do przodu – tam, gdzie jest kapitan. I nie wiem, czy to dobry pomysł. Jest dużo ciepłej, ale bardziej trzęsie. Odrywam się od siedzenia, lecę bezwładnie w górę i gwałtownie w dół. Zaczyna kręcić mi się w głowie, żołądek wywraca się do góry nogami. Świat dookoła wiruje i nawet nie myśli, żeby przestać. Wszystko utrudnia też fakt, że tuż obok mnie siedzi sobie czarny robal wielkości śródręcza ( boje się wszelkich insektów, które są w moim otoczeniu).
Wypatruję brzegu, ale go nie ma. Czas dłuży się niemiłosiernie i nic nie wskazuje na to, że cokolwiek mogłoby się poprawić. Całe szczęście do czasu – moim oczom ukazują się zarysy gór i nie mam pojęcia ile czasu mija, ale wreszcie dopływamy.

Tak szybko jak mogę opuszczam pokład ze wszystkimi rzeczami. Mam ochotę pocałować ziemię i zwyczajnie iść spać, ale zamiast tego szybko wsiadam do busa i przejeżdżam do restauracji. Od razu w pierwszej kolejności idę do toalety (przy okazji zbijam nowy telefon. Idealnie. Akurat na wycieczce musiałam pierwszy raz zepsuć komórkę).
Dalej okazuje się, że nie ma opcji wege na obiad. Proszę Agatę o pomoc i udaje się zamówić omleta i herbatę. Zupełnie bezpieczny zestaw. A przynajmniej tak myślałam, aż nie spróbowałam tego, co dostałam. Rozmieszane, usmażone jajka są niesamowicie słone, prawie niezjadliwe… Dobrze, że chociaż herbata jest normalna. 
Tuż po posiłku jadę do Ułan Ude, gdzie spotykam anglojęzyczną panią przewodnik. Razem z nią całą grupa zwiedza miasto, zaczynając od położonej na wzniesieniu świątyni buddyjskiej. Następnie wszyscy razem przyglądamy się cudownym ( i bardzo fotogenicznym) wietrznym koniom, czyli takim miejscom, gdzie ludzie wieszają kolorowe chorągiewki lub wstążeczki.
Kolejnym punktem jest kościół prawosławny, gdzie akurat trafiamy na mszę, w której mamy możliwość uczestniczyć tym samym poznając inny dla nas – katolików obrządek.
Potem spacerujemy uliczkami miasta, podziwiając tutejszą architekturę, skwery i pomniki( w tym największą głowę Lenina na świecie).
Po kilku wspólnie spędzonych godzinach pani przewodnik żegna się z grupą, życząc udanego pobytu zarówno tutaj, jak i wszędzie gdzie planujemy być. W chwilę później przejeżdżamy busem do mieszkania i odpoczywamy, leżymy, rozmawiamy…

Dzień 10 
Całkiem przyjemnie obudzić się o 10, zrobić śniadanko i nie martwić się o większość rzeczy. Wszystko to sprawia, że mogę odpocząć chociaż ten jeden dzień. 
Żeby jednak zupełnie nie marnować tak słonecznego dnia ( każdy robi dziś na co ma ochotę), postanawiam z tatą przejść się po tutejszym parku, wcale jednak nim nie będącym, a przynajmniej nie dla Europejczyka. Zero jakichkolwiek drzew, tylko zżółkła trawa, chwasty, plac zabaw dla dzieci i kilka posągów między alejkami. Co kraj, to obyczaj; co kraj, to park😊.
Po dwóch godzinach krążenia „wte i wewte”, wracamy do mieszkania, żeby uporządkować rzeczy, zapiąć plecaki i zanieść je do busa, którym dojedziemy pod dworzec kolejowy.

*****
Na peronie kupuję wodę oraz coś do jedzenia na czas podróży w pociągu ( a jest to 15 godzin) i ruszam w stronę Mongolii. Bilety są na klasę najniższą, tak jak w transsyberyjskiej, ale widać tu wyższy poziom. Przedziały są zamykane, mieści się w nich po 4 osoby, jest drabinka na górne łóżko, lutro na drzwiach… I z początku w moim” pokoju” są 3 osoby łącznie ze mną, więc jest luźniej. Na pierwszym postoju sytuacja jednak się zmienia i dołącza do nas dziewczyna o ciemniejszej karnacji i azjatyckich rysach twarzy. Nic nie mówi, a ja nie wiem czy zna angielski i czy w ogóle chciałaby porozmawiać z obcą osobą, więc ja też się nie odzywam.

Koło 23 pociąg zatrzymuje się na kontrolę graniczną – wszystko odbywa się w środku kolei i muszę przyznać, że wygląda to strasznie dziwnie. Okna są pozamykane, ludzie, którzy sprawdzają zgodność paszportu z osobą go posiadającą, bagaże i pokoje są średnio sympatyczni. Dodatkowo pan, który patrzy na zdjęcie wizowe i na mnie ma wątpliwości czy ja to ja i dwa razy porównuje mnie do fotografii… Nie będę tego specjalnie miło wspominała, bo gdyby coś mu nie pasowało, to mógłby powiedzieć „Goodbye” i byłby koniec mojej podróży, gdzieś na jakimś pustkowiu. Całe szczęście skończyło się dobrze i przy okazji zaczęłam rozmawiać z dziewczyną jadącą ze mną w przedziale. Okazało się, że jest z Mongolii i studiuje w Moskwie, a teraz wraca na 3 miesiące do domu, do Ułan Bator. Rozmawiamy sobie o tym, jak mieszka się w Polsce i Mongolii, jakie mamy zainteresowania i plany na przyszłość, co nas różni i co łączy…
W ten sposób bardzo przyjemnie minęły mi 3 godziny – poznałam trochę kultury mongolskiej, akcentu, języka, tradycji, ciekawych miejsc. Dla takich chwil warto się uczyć i podróżować. 

Dzień 11
Wczesna pobudka, pożegnanie z koleżanką z Mongolii i wychodzę z pociągu już o 6:50 w Ułan Bator (dalej używam skrótu UB). Dworzec nie zachwyca, ale niekoniecznie to budynki zostają w mojej pamięci i tworzą wspomnienia, dlatego nie przyglądam się mu zbyt uważnie. Podchodzę kilka metrów dalej i spotykam przewodnika, który przez kilka dni będzie jeździł z grupą po Mongolii. Jak się okazuje jest Mongołem – i tyle się dowiedziałam, bo imienia nie dosłyszałam. W samochodzie, którym będziemy jeździć czeka też kierowca, chłopak, który pomaga z bagażami i „osobista kucharka” grupy.
Całą przygodę zaczynam od wymiany pieniędzy, ale tu nie ma co opisywać, więc lecę dalej. Drugi punkt to sklep, w którym kupuję owoce, wodę, coś słodkiego i wracam do busa. Tam czeka mnie śniadanie. I to nie byle jakie – kanapka;-) Z czym? Sałatą, pomidorem, ogórkiem, serem i szynką… Lider wcześniej pytał, czy istnieje możliwość, żeby 3 porcje były zawsze bez mięsa i otrzymał pozytywną odpowiedź, co bardzo mnie ucieszyło. Bardzo, bardzo mnie ucieszyło. No… A tu pierwszy posiłek, kanapki i jakaś mielonka. Przewodnik chwilę później obiecuje, że następne dania będą wege, a teraz musimy wyjąć sobie przeszkadzający element i bon appettit.
Jadę, jadę, jadę, ale jednak chciałabym wiedzieć, o której mogę spodziewać się przystanku, więc rozmawiam z B ( pierwsza litera imienia przewodnika).
– Jedziemy 150 km do Parku Narodowego, ale nie pytajcie o czas. Nomadowie nie znają takiego pojęcia, a wy dołączanie do nas i stajemy się rodziną – tłumaczy.- Jak ja i ty- kończy patrząc na mnie, więc się przedstawiam.
Po kilku godzinach jazdy w okropnie niewygodnym dojeżdżam do Parku Narodowego Hustai. Oglądam tu film o roślinności i zwierzakach tutejszych terenów, zaglądam do malutkiego muzeum przyrody, patrzę na pamiątki w sklepiku jurtowym i wracam do samochodu, którym jeżdżę po Parku, podziwiając wszytko dookoła. Wszędzie albo trawa, albo piasek. Typowy step. Co do zwierząt to udaje mi się zobaczyć jakiegoś niezidentyfikowanego ptaka drapieżnego, myszki, chomiki, konie udomowione i zupełnie wolne, żyjące jak im się podoba.

******
Po około dwóch godzinach jadę na obiad, przygotowany przez „szefa kuchni” jak to mówi B. Na talerzu dostaję sałatkę z sałaty, ogórka, pomidora, kukurydzy, groszku zielonego i ostrego sosu majonezowego. Do tego jem ryż z kolorowymi paprykami, fasolką i czymś ostrym.
Chwilkę siedzę i dzielę się wrażeniami z innymi uczestnikami, a potem znowu idę do busa i znów jadę… do miejsca noclegowego, jakim jest jurta. Już tłumaczę, co to – taki duuuuuży okrągły namiot. Z zewnątrz jest biały materiał i czarne sznurki utrzymujące konstrukcję, drzwi wysokości 1 metra, a w środku kilka łóżek z materacami, prześcieradłami, poduszkami i kołdrą, stoliczek, kran bez wody i ogrzewacz na drewno. Wnętrze ma kolor pomarańczowy, ale urokowi dodają ręcznie malowane, wielobarwne wzory. Kwiatki, figury geometryczne, linię proste i łamane- czuć taki klimacik.
Po wejściu prawie na czworaka do jurty z plecakiem na plecach i wyjęciu kilku potrzebnych rzeczy, idę na zewnątrz zobaczyć, jak wygląda wszystko dookoła.
Co ja mogę powiedzieć… Rozległy step, malutka pustynia, a za nią czarne góry. Do tego wszystkiego jeszcze czerwono- pomarańczowe niebo, granatowe obłoki i zachodzące za horyzont słońce.
W momencie, gdy tak sobie myślę, zauważam białą… budkę? Coś takiego. Wzruszam ramionami i idę. Magiczne pudło okazuje się toaletą. Nie byle jaką, bo królewską. Trzy ściany, dziura i w odległości dwóch metrów dalej, ścianka z dech, przez którą wszytko widać. A 30 metrów dalej jurta, ludzie i zero prywatności. Ah te mongolskie klimaty!
Kilka minut później idę na kolację do jednej z jurt. Smażone „pączki nie pączki” wielkości kasztana i ser na słodko. Te malutkie, smażone przysmaki są trochę jak ciasto francuskie. Sama nie wiem do końca co to, ale jest dobre. A jeśli chodzi o ser- zrobiony jest z mleka krowiego i jakiegoś słodu. Kształtem przypomina to małe walce wielkości połowy paznokcia.
Po jedzeniu czas na koncert. Przychodzi dwóch chłopaków (myślę ze 16-17 lat). Jeden z gitarą, drugi z tutejszym instrumentem. Obaj grają i śpiewają nie tylko tradycyjne pieśni i przyśpiewki mongolskie, ale kilka piosenek europejskich, z filmów i najnowszych list przebojów.
Po dwóch na prawdę fantastycznych godzinach idę powoli w stronę łóżka. Mycie wcierane (dla tych co wiedzą to wiedzą, a dla tych co nie wiedzą to nie wiedzą i muszą wybrać się na wycieczkę pod namiot, na odludzie bez wody. Szybko załapiecie o co chodzi), ciepły polar i spać. Wreszcie spać…

Dzień 12
Szybko zakładam coś na siebie, wiążę buty, biegnę na śniadanie do jurty oddalonej o 15 merów i znowu zmierzam do samochodu…
Po kilku godzinach jazdy busem mogę stanąć na ziemi i poczuć się jak na podwórku- wszystkie jurty są ogrodzone płotkiem. I nie jest to jedyna dobra wiadomość. Otóż na miejscu mamy prysznic. Cudowny, z ciepłą wodą. Coś niesamowitego. Dodatkowo jeszcze jest Internet. W końcu mam jak skontaktować się z rodziną!
Godzinę później jem lunch, po czym(hura!) znowu ide do samochodu. Cale szczęście jadę tylko kilka minut i wysiadam w celu zwiedzenia muzeum historii Mongolii (albo czegoś podobnego). Mogę sobie poczytać o złotych latach i upadku państwa, słynnych wodzach i miejscach. Raczej nudno, bo wszytko to można znaleźć w internecie i przewodnikach. Zupełnie inne wrażenie wywiera na mnie Karakorum – kompleks świątyń, obiektów sakralnych oraz domków, otoczonych wysokim i grubym murem. Mogę przyjrzeć się tu obrazom z wizerunkiem buddyjskich bogów i bogiń- ręcznie malowanych albo… nie bardzo wiem jak to określić, ale są one wyszywane nićmi. Wszystkie zawierają mnóstwo detali, są przepełnione symboliką i ukrytymi treściami.
Idę dalej do „świątyni jurtowej”- trochę hindu, buddyzmu… taka mieszanina wszystkiego- a potem wychodzę za Mury, żeby popatrzeć na kamiennego żółwia… bardzo fajnego żółwia!
Kilka zdjęć i wracam. 
– Cyk… Cyk, cyk!
Oglądam się za siebie, patrzę w bok, ale nie widzę niczego, co wydaje dźwięk zbliżony do cykad, ale duuuużo, dużo wolniej.
-Cyk, cyk, cyk!
Szybko spoglądam w prawo i widzę robaka. Wielkości kciuka, brązowego. W pierwszej chwili zastygam, bo nie mam pojęcia co to jest. Wielkie to, latające, wydaje dziwny dźwięk. 
Szybko pytam kogoś, co to jest albo czy przynajmniej ma jakieś podejrzenia. 
– Chyba szarańcza- odpowiada mi męski glos za plecami, ale nie orientuje się kto to powiedział.
Moje pierwsze skojarzenie to owady, które niszczą plony i atakują całymi chmarami, ale mylę się. Te tutejsze po prostu co jakiś czas przelatują i nic nikomu nie robią. Chyba nie doświadczę egipskiej plagi.
Powoli spacerkiem wracam z powrotem do busa i jadę w stronę miejsca, gdzie mieszkam na kolację. Dziś sałatka ze świeżych warzyw i zupa- wersja wege to po prostu wyjęte kawałki mięsa i pozostawiony bulion z marchewką, ziemniakami oraz fasolką. Trochę oszukane, ale dobrze, że chociaż próbują. Niemniej jednak bardzo wymagającym warzywożercom, nie polecam Mongolii na kierunek podróży. Wszystko, dosłownie wszystko, robią z elementem odzwierzęcym.
Najedzona, idę na chwilkę do jurty żeby odpocząć i oczywiście trochę popisać o wycieczce. Szybko jednak mija mi wolny czas i już po godzinie idę na „koncert” śpiewu gardłowego. Wracam tam, gdzie jedliśmy i czekam. Mija trzydzieści minut, godzina, dwie… a ludzi, którzy mają występować brak. Bardzo nieprofesjonalne podejście. Po 2, 5h przyjeżdża dwóch mężczyzn i jedna pani, wszyscy ubrani w ludowe stroje. Grają, dziewczyna tańczy, trochę coś podśpiewują. Jakbym miała oceniać, byłoby to 4/10. To, co zobaczyłam, nawet w połowie nie było tak świetne jak wczoraj. Na dodatek to spóźnienie… 
Po półtorej godzinie robimy sobie grupowe zdjęcie z artystami i każdy rozchodzi się, żeby w końcu położyć się spać. I wcześniej wziąć prysznic- naprawdę nie chce się powtarzać, ale woda jest tym, co należy szanować!

Karolina Kownacka , klasa III LOT