Wybory /Skarga
Zatęchłe pokoiki, metraż 3 na 3. Nic w nich nie płonie, a każdy widok jest starannie wytłumiony przez te niemal żelazne żaluzje. A te jedyne, szczęściarskie promienie słońca, które przebiły się przez obie bariery – zasłon i spadających za nimi trucheł. One też wydają się równie duszące i zimne, co reszta ciemnego pokoju. A zresztą, okna mogłoby nie być, a i tak na zewnątrz zawsze byłby grudzień. Ty już dawno się przyzwyczaiłeś, ten stan, w którym tańce dawno zbrzydły, a sztuka, która „powinna”, wywołuje tylko tęsknotę, tę za doświadczeniem pierwszego seansu.
Chory ty, chorzy wy, chorzy my, otępiali przez nawracającą bierność. Choć i mnie dotyka, a płuca me od kaszlu już płoną, to dopóki daje czerpać oddech, to i ona spłonąć może, a ma skarga ten ogień doszczętnie roznieci, a jej iskry i was zarażą.
Hej wy, którym mimowolnie postawili pomnik trwalszy niż ze spiżu, a wasz ślad, choć wciąż rośnie, donikąd nie dąży. Hej wy, którzy nie macie wyboru, zmuszeni chodzić na palcach, dusicie te same iskry, których wmawiacie sobie obronę.
Kogo trzeba, by was zbudzić, czy sam Ozymandias musi być wam inspiracją, czy ucieleśnić Mefistofelesa, co was zwiedzie od trumiennej stagnacji, choć oni też skonają w próbie.
Zbudź się! Ty uparta ćmo.
Świadomość/Podobni
Obudził mnie spadający ze ściany kalendarz, huk zerwał mnie na tyle szybko, by zobaczyć uciekający ze sceny zbrodni rój moli. Nie była to wielka strata, kalendarz był już od sześciu lat nieaktualny. Jednakże, ta niecodzienna sytuacja nadała ton reszcie, przeciwnie żmudnej, codzienności mojej postaci. Kolejna osobliwość zadziała się 1/6 dnia później, przerywając moją sesję obserwacji na zgięciu dwóch ścian pokoju.
Huk doszedł moich uszu zza okna. Racjonalnie, za oknem nie było nic ,co mogło spowodować ten dźwięk. Także racjonalnie, nie można było podważyć autentyczności tego, co słyszałem. Obie te niebywałe sytuacje kulminowały się, przywracając dawno już zapomnianą ciekawość. Zmuszony, jakbym nie miał własnej woli, odryglować zakurzone okno, na parapecie którego spotkał mnie równie absurdalny widok. Przed zmrużonymi nadal oczami leżał podziobany wąż, prawdopodobnie porzucony przez drapieżnego oprawcę. To samo w sobie było szokujące, lecz jeszcze mniej sensu miał kształt w jakim skonał. Był on w procesie połykania samego siebie, ze szczękami zaciśniętymi twardo na własnym ciele na wzór mitycznego Uroborosa, który w aktcie samoobrony skonał w sprzeciwie swojemu napastnikowi. Spojrzałem na spadające w oddali ciała, których starałem się unikać zarówno wzrokiem, jak i samymi myślami. One pewnie także, gniją od takich przekonań, że to jedyny wybór, nieświadomi, jak wiele wspólnego mają z tym wężem. Poczułem zimny dreszcz, egzystencjalne przerażenie, że może wcale nie różnię się od węża. Zaryglowałem z powrotem okno, próbując wymazać całą sytuację z warstw pamięci. Ciągle jednak krążyło po nich jedno pytanie. Co, jeśli ten cykl da się zniszczyć?
Leki na hipokryzję
/Zapis pochodzi z analizy behawioralnej pacjenta zbankrutowanej już instytucji pseudomedycznej /
Pacjent zwany przez nas „Samozwańczy Mesjasz” ciągle bredził o jakichś fatalnych wyborach, przed którymi uratuje tylko zanikający wśród ludzi dar „świadomości”. Spędzał cały czas na wściekłym pisaniu, niemal przebijając w tym procesie kartki. Zawartość uznano za nieistotną.
W ostatnich dniach obserwacji zachowanie uległo jednak zmianie. Pacjent przeszedł od pisania manifestu do zupełnie nowego dzieła tzw. Eksperymentu, który według niego był „serią doskonałych zbrodni na istniejących dotychczas konwencjach”. Chciał je unicestwić, rozłożyć na jednostki podstawowe, by potem stworzyć z nich swój dar dla przyszłego pokolenia. Jedynym zaobserwowanym efektem był pogarszający się stan pacjenta oraz rozrzucone dookoła kartki. Gdy skończył dziennik, zerwał ze ściany kalendarz, choć ten także szybko zapisał i odrzucił na podłogę. Zawartość uznano za nieistotną.
Ostatni zapis nie był więc na papierze, lecz na ścianie pomieszczenia.
„Uparta ćmo, nie mogę ci pomóc, mogę tylko zgasić światło” – Ryszard Krynicki
Szymon Król, klasa IV LI
