Egzotyczna Sri Lanka – część III

22.01.2018r. 

Dzień dzisiejszy zaczynam od odwiedzenia Królewskich Ogrodów Botanicznych, gdzie chodząc krętymi ścieżkami przyglądam się magnoliom, orchideom, liliom wodnym, cynamonowcom, durianom, drzewom żelaznym. Krążąc po tym zielonym terenie, widzę tez storczyki- różowe, białe, żółte i brązowe znam z Polski, ale fioletowe, pomarańczowe i czerwone, a także te pachnące są dla mnie nowością. 

Po dwóch godzinach całą  grupą przejeżdżamy do Muzeum Kamieni Szlachetnych. Tam widzę, jak wydobywa się kocie i tygrysie oka, ametysty oraz te najbardziej znane- szafiry w przeróżnych odcieniach. Wszystko ładnie, pięknie, dopóki nie dowiaduję się, ile to wszytko kosztuje. Jak usłyszałam, że błękitny szafir( taki jak nosiła księżna Diana) za jednego karata jest wart 600 dolarów amerykańskich, to oczy mi normalnie wypadły. Jeszcze ciekawiej jest, gdy idę z tatą do sklepu, pytając o cenę 15, 15 karatowego szafiru z efektem gwiazdy. Po naszych przeliczeniach wyszło,
że jeden taki „kamyk” to koszt ok. 10000 zł. Tyle pieniędzy to wolałabym wydać na kolejny wyjazd, także dziękuje bardzo, ale nie chce takiej luksusowej biżuterii. No chyba, że ktoś mi zafunduje.
Przygarnę w dobre ręce!

Popołudnie spędzam z rodzicami i siostrą na zakupach i „ zwiedzaniu” lokalnego targu. Oprowadza nas po nim jeden z lokalnych ludzi, z którym zaczęłam rozmawiać, pytając, gdzie mogę dostać jakieś egzotyczne jedzenie. 

– Come with me! I will show you and your family fruits and everything.

Idziemy wiec całą rodziną za naszym nowym przewodnikiem: na początku po środku ulicy, potem prostopadle po niej i dosłownie 5 minut później jesteśmy na targu. 

– This is really good – bez żadnych wstępów, mężczyzna podaje nam pokrojoną marakuję. 

Patrzę po twarzach rodziców i siostry- są zdziwieni taka jak ja, ale „ jak dają to bierz”. Tak robimy i nie żałujemy Smak jest obłędny, nawet nie da się tego porównać do marakui, którą kupujęw Polsce. Po zjedzeniu owocu, ten pan kroi nam następne – kiwi, mangi, jackfruta, drewniane jabłko, sawo- przypomina ziemniaka z wyglądu-, czerymoję i karambolę- zieloną gwiazdkę. 

Kupujemy trochę karamboli i idziemy dalej. Przewodnik pokazuje nam resztę bazaru, cały czas rozmawiają ze mną o dosłownie wszystkim- szkole, jedzeniu, pogodzie… Sympatyczny człowiek. 

Godzinę później żegnamy się z Lankijczykiem i zmierzamy do autokaru, którym wracamy do hotelu.

23.01.2018r.

Wczesna pobudka, wykwaterowanie i w drogę.

Dzień rozpoczynam wizytą na plantacji herbaty „ Blue Fields”. Właśnie tu mogę zobaczyć cały proces przygotowywania jej na sprzedaż. Suszenie, selekcja, rolowanie i pakowanie w torebki. Mało? Krótko? Gwarantuję, że dużo i długo:-)

Po kilkunastu minutach na hali produkcyjnej, idę spróbować wszystkich rodzajów herbaty. Najlepsza jak dla mnie jest zielona oraz gold i silver tips. Tą pierwszą kupuję z mamą w ilościach niemal hurtowych, a obie pozostałe sobie darujemy. 1500 zł za jeden kilogram herbaty…

Kolejnym punktem jest Park Narodowy Równiny Hortona, gdzie wchodzimy na Równinę Hortona. Zanim jednak to, muszę tam dojechać. Przesiadam się z autokaru do 6- osobowego wana i ruszam. Po 20 minutach krajobraz zaczyna się zmieniać. W końcu to 2000 m n. p. m. Widzę las mglisty, który przypomina park jurajski( to za sprawą m. in. dwumetrowych paproci i drzew porośniętych mchem- zdają się mieć tysiące lat). Jeżeli jura- to powinny być gdzieś dinozaury.

– Pewnie przywożą tu turystów dla dzikich zwierząt na obiad- śmieje się jedna z pań, a ja razem z nią.

Niedługo po tym zdaniu, przez drogę w ułamku sekundy przebiega gepard – wielki, piękny gepard. W pierwszej chwili mnie zmroziło, ale zaraz uświadamiam sobie, co się dzieje. Cieszę się jak dziecko razem z pięcioma osobami w wannie( i kierowcą).

– You are lucky. Huge happiness. I have seen this animal only 10 times for 30 years- tłumaczy Lankijczyk.

Teraz to już nie mogę opanować uśmiechu.

WIDZIAŁAM DZIKO ŻYJĄCEGO GEPARDA.

– I never seen cheetah for 50 years. You are lucky! Where are photos?dopytuje Subash, gdy jesteśmy już całą grupą na miejscu, z którego idziemy na „spacerek”.

– Nie ma zdjęcia. On przebiegł, popatrzył na samochód i zniknął- mówi tata.

Subash się uśmiecha.

Kiedy tylko kończymy rozmawiać, idziemy na szlak.

***

Normalnie jestem na planie „Tarzana”, „Księgi Dżungli” albo „Jumanji”. Wszystko dookoła jest takie… filmowe. Dookoła śpiewają ptaki, wiewiórka gigant chrupie orzeszki, małpy przyglądają się turystom, mgła nachodzi na zbocz gór, a krajobraz jest nie z tej ziemi.

24.01.2018r.

Dzwoni telefon. Otwieram oczy. Jest zimno, co nie powinno mnie dziwić, bo jestem w górach, więc jest chłodniej.

– Ciiicho… Przecież śpię – mruczę na wpół przytomna, przekręcając się na bok.

Urządzenie milknie, a ja ponownie zasypiam.

– Drryń dryń!- krzyczy beznadziejny sprzęt.

– Yes?- pytam najsympatyczniejszym głosem na jaki stać mnie o… Chwytam komórkę i widzę szóstą. No właśnie- o szóstej.

– Good morning. It’ s wake- up service. Have a nice day!- wita mnie męski głos.

– Thank you- odkładam słuchawkę i wzdychając, wstaję.

Poproszę 10 punktów za dobrowolne opuszczenie łóżka. Dziękuję( mam nadzieję, że punkty są już na moim koncie).

***

– Weź się przesuń, bo zdjęcie nie wyjdzie – prosi tata, kiedy stoję na punkcie widokowym.

Nic nie mówiąc kiwam twierdząco głową i obracam się do obiektywu.

Uśmiech! Cpyk, cpyk! Gotowe. Fotka na tle Ella Gap zaliczona. Nawiasem mówiąc, widok jest prze- pię- kny. Teraz czas jechać nad wodospad Ravana.

Kilkanaście minut później jestem na miejscu. Po raz kolejny: cpyk, cpyk, cpyk( tym razem z wodą spadającą kaskadami po skałach) i jadę dalej.

Po południu biorę udział w jeep safari- przejażdżce samochodem po terenie Parku Narodowego Yala. Podczas tej atrakcji mam okazje zobaczyć krajobraz sawanny i ten morski, leżący nad Oceanem Indyjskim. Dodatkowo mam szczęście i oprócz bawołów, dzików, pelikanów oraz kormoranów, widzę trzy krokodyle i cztery dziko żyjące słonie( słyszę też jak jedno z tych ogromnych zwierząt- a konkretniej słoniątko- trąbi. Robi wrażenie…). Czymś niesamowitym jest zobaczyć te zwierzęta na wolności. Żyją w Parku Narodowym jak chcą – nie ogranicz ich człowiek.

Pokryta warstwą pomarańczowego pyłu z safari, wracam do rzeczywistości.

25.01.2018r.

Ostatni dzień zwiedzania Cejlonu rozpoczynam pobudką o 5: 30, śniadaniem i napływem weny, co oczywiście przekłada się na kilkugodzinne pisanie w autokarze, podczas jazdy po drogach gorszych od naszych polskich. Dzisiejsza trasa jest długa- wszyscy uczestnicy wycieczki są rozwożeni do hoteli, w których spędzą dwa dni na odpoczynku. Zanim jednak to nastąpi, jedziemy w miejsce, gdzie lankijscy rybacy łowią ryby, siedząc na palach wystających z dna oceanu. O tych mężczyznach opowiadała nam Ewa. Jak sama stwierdziła, w tej chwili są oni atrakcją turystyczną. I niestety, ale tak jest. Rybacy wychodzą „łowić”, kiedy podjeżdżamy naszym lankijskim autokarem, a następnie każdy płaci za możliwość zrobienia zdjęć. Szkoda. Naprawdę miałam nadzieję, że całe to poławianie ryb jest rzeczywiste.

Szybko wsiadam „na pokład” autokaru i powoli, powoli zaczynam odczuwać, że nadchodzi koniec pobytu na Sri Lance. Ewa żegna się z całą grupą, Subash śpiewa razem z grupą „Malu malu”( tłum. pol. „Ryba ryba”), każdy zasuwa wypełnione po brzegi plecaki. Te kilka dni minęło mi tak szybko, że nie odróżniałam dni tygodnia.

Przed ostatnim „Aayu- bowan”( czyt. „Aju boan”) odwiedzam Fort w Galle- urokliwe, zadbane miasteczko, gdzie widać rozwijającą się i żyjąca swoim życiem sztukę. Mijam koło sześciu galerii rzeźby i obrazu, podczas 30- minutowego spacerku. Po godzinie spędzonej w Galle, nastał czas, gdy każdy każdemu życzy spokojnych, słonecznych dwóch dni w hotelu.

Jak będę wspominać Sri Lankę? Na pewno bardzo, BARDZO pozytywnie i to nie tylko za względu na spróbowane jedzenie, zwiedzone zabytki czy zaskakującą naturę.Poznani ludzie, rozmowy z Lankijczykami, Ewą, Subashem i każdym z grupy, a także noce spędzone na pisaniu tego, co jest teraz w Twoich rękach i przed Twoimi oczami, zostaną w mojej pamięci tak samo długo, a może nawet dłużej, jak to, co było zawarte w programie wycieczki „Łza z policzka Indii”.

 

Karolina Kownacka, klasa II LOT