Kulturalna jesień

Listopadowy numer „Echa Trójki” zapowiada się wyjątkowo kulturalnie. Dawid Powierza zachęci do obejrzenia kilku interesujących filmów, a Aleksandra Zielińska do przeczytania powieści „Ciemna strony” Tarryn Fisher. Ania Jastrzębska podzieli się relacją z udziału w ComicConie – festiwalu kultury popularnej, Kasia Kisiel przedstawi swoją fascynację kpopem, Sylwia Karpińska w dość obszernym tekście ukaże wyjątkową rolę muzyki lat 80- tych w ówczesnej komunistycznej rzeczywistości. Będziemy również śledzić relację z podróży trassyberyjskiej z Karoliną Kownacką w II części jej pamiętnika. Nie zabraknie akcentu literackiego – Kacper Piątek proponuje dalszą część swojego opowiadania. Zapraszamy do lektury.

w imieniu redakcji

Agata Zawadzka

 

Szalona osiemnastka w podróży transsyberyjskiej. Część II

3 dni w pociągu
Nie będę opisywała każdego poranka, południa i nocy, bo wygląda to prawie identycznie. Ale jest kilka sytuacji, które aż się proszą o zapisanie i zapamiętanie.
Po wejściu do pociągu mam mały problem z noclegiem, bo nocuję trochę dalej niż cała grupa. Szybko porozumiewam się na migi z pewną panią, która koniec końców przenosi się ze swojego łóżka na moje miejsce. Dzięki temu jestem w przedziale z Solistami. Jeżeli chodzi o warunki w trzeciej klasie – tej „najgorszej”, w której jestem- to, ku mojemu zdziwieniu, są naprawdę dobre. Każdy ma swoje łóżko i pościel zapakowaną w torebki ,co świadczy o tym, że nikt wcześniej nie używał tego, co dostał. Jest czysto i widać, że prowadnicy- osoby pilnujące porządku- o wszystko dbają.
Po przenosinach, obok nas, na wolnych łóżkach siada grupa młodzieży… Nie wiem czy są oni Rosjanami, bo raczej nic nie mówią, więc pytam jednego z nich po polsku, z kim podróżuje.
– English please?
Chyba nigdy tak się nie ucieszyłam, że ktoś mówi do mnie po angielsku! Do tej pory spotkałam tylko 2 osoby, z którymi mogłam troszkę porozmawiać. Szybko klikam włącznik w mózgu z obcym słownictwem i pytam o to samo, tym razem tak, żeby zrozumiał, o co w ogóle mi chodzi.
– Oh! With sister, her baby- na oko ma mniej niż rok- and my friends- odpowiada.
Potem mówi, że są z Peru, ale mieszkają w Rzymie i od jakiegoś czasu podróżują po Europie. Teraz przyjechali do Moskwy, pozwiedzali, wsiedli do pociągu i jadą na mecz swojej reprezentacji
😊 Kiedy tak sobie rozmawiamy i mówię, że jesteśmy z Polski, on momentalnie łączy to z Robertem Lewandowskim i naszą kadrą. Zakręconych historyjek o przygodach i spotkanych na swojej drodze ludzi również nie brakuje. Właśnie w taki sposób mija mi godzina i na zegarku pojawia się 3: 30.

Dzień później zapychają się dwie łazienki. A tylko one dwie są do dyspozycji 52 osób.

-Super- myślę sobie.

Każdy z naszego wagonu musi korzystać z toalety, która znajduje się w sąsiednim przedziale drugiej klasy… Czyli wszyscy z obu przedziałów (ponad 70 osób) mają do wyboru kabinę numer jeden lub numer dwa.
Całe szczęście pod wieczór sytuacja polepsza się i wszytko działa jak należy- akurat, gdy zaczęły mnie nachodzić mroczne myśli, jak tyle osób da radę w jedynie dwóch łazienkach. Ważne, że dobrze się skończyło!

Dosyć ciekawą rzeczą jest też to, że przez 3 dni w pociągu mijam 5 stref czasowych, ale obowiązuje godzina moskiewska. Działa to tak- jadąc nie zmieniam nic w zegarku, dopiero w Irkucku dodaję 5 godzin i ruszam dalej, jeszcze dalej…

7 dzień
Po trzech dniach spania, leżenia i rozmów, wstaję dosyć wcześnie, ale nie ze swojej winy. O 7:30 czasu lokalnego (+6 od Polski) pociąg zatrzymuje się w Irkucku- celu transsyberiady. Dopinam plecak, kończę kanapkę, dopijam herbatę i wysiadam.
Dość szybkim tempem idę na przystanek tramwajowy, wsiadam do zmęczonego upłyniętym czasem środka transportu i kilkanaście minut później wysiadam. Nie mam w tej chwili za bardzo czasu na rozglądanie się, więc przechodzę przez pasy i jestem przy dworcu autobusowym. Właśnie tu oddaje bagaż, żeby go nie dźwigać i biegnę zwiedzić choć troszkę Irkucka. Dopiero teraz zwracam uwagę na wszystko, co jest dookoła- mijane samochody, kobiety, dzieci, budynki, restauracje, muzea… i po kilkuset metrach mogę zauważyć to, z czego słynie miasto. Zapadające się domy. Tak tak. Robią to same. A może raczej dlatego, że zostały zbudowane na zmarzlinie. Przez rok- roczne zamarzanie i rozmarzanie, grunt jest na zmianę twardy i miękki. W momencie, gdy coś jest plastyczne- tutaj gleba- to gdy na to dołożymy drugie coś- dom, sklep- to w pierwszym zrobi się dołek i powoli „wchłonie” inną rzecz. Oczywiście w Irkucku nie wszystko jest niżej niż górna warstwa ziemi, ale dużo budynków mieszkalnych ma okiennice tuż nad trawnikiem albo krawężnikiem.
Wchodzę też do soboru oraz cerkwi i udaje mi się zobaczyć z zewnątrz malutki, polski element- kościół chrześcijański, opisany na tablicy informacyjnej właśnie jako nasz narodowy. Drewniany i nieduży, aktualnie odrestaurowywany albo naprawiany.
Zdecydowanie spokojniejszym tempem idę na obiad (u mnie pierogi z ziemniakami i grzybami, nic specjalnego ani w smaku, ani w wyglądzie) i przez godzinę odpoczywam.
Po południu wracam na dworzec, biorę bagaż i idę do marszutki- malutkiego busa, którym telepię się z grupą 300km, aż na wyspę Olchon. Czemu nie napisałam po prostu jedziemy? Drogi w Rosji są gorsze niż w naszym kraju, – dół na dole, kolejny, zakręty-a jedziemy chyba 100km/ h. Dodatkowo jest duszno, gorąco i ciasno. Ktoś sprawdza temperaturę w środku- jest 40 stopni przy 25 na dworze. Jakiś koszmar. Warunki w kolei były all inclusive, jak o tym myślę podczas jazdy tym małym ciemnym pojazdem. Oczy powoli się zamykają, doły przestają tak bardzo przeszkadzać, muzyka z głośników zdaje się być cichsza. Udaje mi się usnąć na dosłownie kilka minut, ale czuje gwałtowne hamowanie. Oczywiście się budzę. Marszutkę zatrzymuje policja. Mogę się założyć, że kierowca przekroczył dozwoloną prędkość. Mężczyzna płaci, wsiada i rusza. Jedzie wolniej, spokojniej. Tylko uśmiecham się na myśl, że droga minie mi w lepszych warunkach i nagle Rosjanin znowu dociska gaz… Tyle zdążyłam się nacieszyć. Chociaż może to i lepiej, że się obudziłam, bo mam szansę popatrzeć na zmieniający się krajobraz. Las brzozowy zaczyna zanikać, a w miejsce drzew liściastych pojawiają się iglaste. Coś jak tajga. Po pewnym czasie i świerki zaczynają rosnąć coraz rzadziej, rzadziej, aż w końcu dookoła widzę już tylko trawy. Młode, niskie, zielone i stare, wyższe, złociste.
Po 4 godzinach dojeżdżamy do Bajkału. Woda błyszczy się od promieni słonecznych, fale odbijają się od skał…
– Wysiadać- przemyślenia przerywa mi kierowca.
Biorę swój bagaż podręczny i wchodzę na pokład statku, którym dopłynę na brzeg największej wyspy na jeziorze.
Po 30 minutach, znowu wsiadam do marszrutki. I tutaj zaczyna się szaleńcza jazda. Na Olchonie nie ma dróg brukowanych, kostkowanych, asfaltowych. Jest za to piaszczysta czteropasmówka.
Dość ważne jest też to, że mieszka tu 1500 osób. Na calutkiej wyspie. Aż niewiarygodne ze na tak pięknym terenie żyje tylko tyle ludzi.
Po kolejnej godzinie w końcu zatrzymujemy się na dobre. Jesteśmy obok domków, w których będziemy nocować dwa dni. Zabieram plecak i wchodzę na teren tymczasowego domu.
Wszędzie rosną kwiaty, pełno jest zieleni. Idę dalej i widzę altankę, bujawkę i domowy ogródek warzywny. Właścicielka pokazuje nam, gdzie będzie nasz pokój i właśnie tam zmierzam. Wspinam się po drewnianych schodach do drewnianego domku, otwieram drzwi i jestem. Dwa łóżka, stolik, szafka z dwoma wieszakami i zlew. Toaleta jest jakieś 30 metrów dalej. Jest to budka z ubikacją- dokładniej muszla, a pod nią dziura wykopana w ziemi. Kuchnia jest otwarta dla wszystkich – są palniki, lodówka, czajnik. Wszytko super, ale tak zupełnie szczerze to najbardziej interesuje mnie czy jest prysznic. I kurde JEST! Nikt sobie nie zdaje sprawy jak bardzo jestem szczęśliwa. Chyba że ktoś nie mył się co najmniej 3 dni. Prysznic to najlepszy wynalazek ludzkości w tym momencie.
Po lekkim rozpakowaniu, wyciągam Mugge- spray przeciw wszelkim robakom, którą pryskam ręce i nogi, bo spacerkiem idę do sklepu. Tam szybkie zakupy na kolację i śniadanie, po których przebywam tą samą drogę do domków.
Kilka minut później jestem w altance, gdzie razem z grupą szykujemy jedzenie- takie jak codziennie, czyli chleb+ dodatki (ser żółty i topiony, salami, ogórki, pomidory, papryki i dżem). Czuje, że przez miesiąc nawet nie spojrzę na pieczywo… kilkanaście dni jedzenia prawie tego samego jest wystarczająca.
Wieczorem na Olchonie bardzo spada temperatura. Myślę ze w ciągu dnia było koło 25 stopni, a przy kolacji 13. Gruba bluza i długie spodnie obowiązkowe!
I tutaj przedstawiam gwóźdź programu, czyli wspomniany prysznic. Nie spodziewałam się, że tak bardzo zatęsknię za czymś takim, ale uwierzcie- to luksus mieć łazienkę. No i być czystym i pachnącym.

Karolina Kownacka ,klasa III LOT

Szara rzeczywistość czasów PRL-u i muzyka

Szara rzeczywistość czasów PRL-u, długie kolejki do sklepów, w których i tak brakowało towarów, protesty robotnicze, para rajstop jako szczyt luksusu, goździk- znakiem wielkiej miłości i poświęcenia, bowiem w kolejce po niego mężczyzna musiał wytrwać kilkanaście minut.Kobiety pryskały Zielonym Jabłuszkiem na swoją skórę i tapirowały włosy. Mieszkanie w bloku i posiadanie małego fiata to ambicje wielu osób. A pośród tego muzyka, tworzona z myślą o tych wszystkich osobach, żyjących w ciasnym mieszkaniu, o młodych umysłach jeszcze nie wiedzących, co czeka ich w życiu. Muzyka dawała poczucie wolności i mogła być wyrazem buntu nawet w czasach gdy cenzurowano teksty.

Uważam, że muzyka powstająca w Polsce, w latach 80-tych była czymś znacznie ważnioejszym niż jest dzisiaj. Tworzona z zamysłem, miłością, przepełniona prawdziwym życiem i marzeniami o wolności. Słuchając piosenek można było się zasłuchać, stracić poczucie czasu na tę drobną chwilę, utożsamiać się z wykonywanym tekstem. A teksty mówiły o czymś, nie były bezwartościowe, a wypełnione miłością, pożądaniem i chęcią zmian.Zespołami tworzącymi głównie rock i połączenie bluesa i rocka były: Lady Pank, Perfect, Dżem, Wanda i Banda, Republika, Kobranocka, Kombi, Maanam, Lombard, Oddział Zamknięty, De Mono, Budka Suflera, Chłopcy z Placu Broni.

Słuchając piosenki „Kocham Cię jak Irlandię” zespołu Kobranocka można odnieść wrażenie, że opowiada ona prawdziwą historię i jest jedną z tych piosenek tworzonych z potrzeby przelania własnych uczuć. Z miłości. Wzruszając się słuchaną piosenką i doszukując się interpretacji tekstu, można znaleźć wyjaśnienie, że faktycznie autor tekstu Andrzej Michorzewski opowiada milionom słuchaczy, poprzez tekst piosenki swoją miłosną przygodę. Była to platoniczna miłość? Zakochanie bez pamięci w nieznajomej? Krótkie spojrzenia, mijanie się bez słowa, aż w końcu złudne nadzieje na poznanie swojej ukochanej. Złudne, ponieważ na zaproponowanym przez autora spotkaniu, tajemnicza dziewczyna nigdy się nie pojawiła. Pytanie tylko skąd w tekście Irlandia? I skąd takie porównanie? Udało mi się przeczytać, że autor ten kraj uważał za coś odległego i nieosiągalnego. Tym samym stała się dla niego ta dziewczyna – piękna ale nieosiągalna.

Kolejnym utworem kryjącym tajemnicę w swoim tekście jest ,,Jolka, Jolka pamiętasz” grupy Budka Suflera. Czytając o powstaniu tego właśnie utworu dowiadujemy się, że miał być on szybką piosenką, ale „…łza w oku recepcjonistki w hotelu Polonez, która przeczytała mój tekst przesądziła o zwycięstwie mojej koncepcji” – wspomina autor tekstu Marek Dudkiewicz. I tak utwór został nagrany jako ballada i stał się hymnem kobiet, które samotnie wychowywały dzieci, doświadczyły złego losu, potajemnych romansów. Puszczany po kilka razy z kasety w małej kuchni w akompaniamencie bzyczących much i odgłosów nocnego życia dobiegającego zza otwartego okna w duszy, letni wieczór. Piosenka opowiada o życiu w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Tekstem piosenki w którym również zawarte są prawdziwe zdarzenia i opisy sytuacji jest przebój grupy Perfect. Tak jak mówi tytuł, opowiada ona historię czyjegoś życia – Bogdana Olewicza. Początkowo tekst nie zdobył uznania innych członków grupy, ale jak widać zdobył uznanie słuchaczy. Mówi o codziennych sytuacjach, problemach, zmaganiach. Piosenka wykonana z zamierzeniem bez okazywania emocji, daje na to możliwość odbiorcy. Wielu ludzi słuchając tej piosenki przypomina sobie z sentymentem swoją młodość i czasy, które na myśl przywracają słowa tej piosenki. Wrażliwego słuchacza figle porusza i wstrząsa. Jest to jeden z tych niezwykłych utworów. Odpowiada o marzeniach, trudach dorastania, pierwszych razach, przyjaźni. Zawarte są w niej wszystkie młodzieńcze pragnienia. Można znaleźć wzmianka o tym, że ,,Autobiografia” stała się hymnem młodzieży. A Perfect pokarmem dla ich głodnych dusz”. „Autobiografia” jest symbolem czasów, które minęły.

Chłopcy z Placu Broni i ,,O!Ela”. Piosenka z jakże prawdziwym tekstem o dziewczynie, Eli, która odrzuciła, wzgardziła miłością rozpaczliwie zakochanego w niej chłopaka. Należy jednak pamiętać, że odrzucona miłość może prowadzić do bardzo drastycznych zdarzeń.

Osłodzić dzień, a nawet życie pomoże zespół Kombi i ,,Słodkiego, miłego życia”. Kombi ma na swoim koncie kółka innych równie ciekawych kawałków np. ,,Black and White”

Róże Europy z utworem ,,Jedwab”. „Jedwab” jest numerem bogatym i ociekającym wręcz intymnością. Przybliża prywatną chwilę dwojga ludzi w lekki sposób. Mówi o chwili uniesienia, ale nie za pomocą tego jednego, określającego ten moment słowa, ale za pomocą subtelnego opisu. Pobudzając wyobraźnię i zmysły. Jest także dowodem uczuć i wielkiej miłości.

Dżem to zespół tworzący połączenie bluesa i rocka, mający w zanadrzu kilka hitów muzyki lat 80-tych. Utworem, którego warto posłuchać to „Wehikuł czasu” lub „Sen o Victorii”, wbrew pozorom nie mówiący o dziewczynie, ale o wolności.

Lady Pank, zespół rockowy również odpowiadający za rozrywkę na scenie, tworzący lekkie i przyjemne kawałki. ,,Sztuka latania” była odpowiedzią na słowa Janusza Panasewicza, który wypowiedziała kiedyś słowa, że jego życie ogranicza się tylko do „studio, pracy , hotelu”. Godnymi przesłuchania są również ,,Kryzysowa narzeczona”, „Mniej niż zero”, „Na co komu dziś”, „Tańcz głupia tańcz”.

Wanda i Banda grupa słynąca z hitów „Hi-Fi” oraz „Nie jestem Julią”. Są to jedne z tych utworów, które po przesłuchaniu zapadają w pamięć i zaczyna się je nucić „Nie będę Julią wierną na balkonie, nie będę Julią nawet w snach”. Zespół założyła była członkini Lombardu, Wanda Kwietniewska.

Maanam to zespół kojarzony z wokalistką Korą czyli Olgą Jackowską. Tworzył utwory z interesującymi tekstami i oryginalnym brzmieniem np. „Lipstick on the Glass”, „Krakowski spleen”, „ Kocham Cię kochanie moje”.

Republika uznawana przez jednych za najlepszy Polski zespół, zaś przez drugich krytykowana. Republika oznaczała się stylem wykonywania i przedstawiania utworów. Byli inni. „Świecili własnym światłem. Nie byli kolorowi ani rockandrollowi. Byli wrażliwi i zaraźliwi, wręcz epidemiczni”. Zespół przeżywał wiele upadków i rozstań członków grupy. Dość interesującym wydarzeniem z historii zespołu jest to, gdy grupa zaczęła tracić popularność, odwrócili się od nich nawet wierni fani i gdy Republika miała wystąpić na festiwalu w Jarocinie to zamiast okrzyków radości spotkała się z gwizdem i buczeniem. Rzucanymi pomidorami i jajkami. Zespół mimo tego rozpocząć koncert. Ludzie gwizdali coraz głośniej lecz po chwili ucichli. Zupełnie. Bawili się przy muzyce zespołu, w który przed chwilą rzucała jajkami. Na koniec prosili o bis, którego nie uzyskał. Warto posłuchać takich utworów jak: „Nowe sytuację”, „Biała flagą”, ,,Arktyka”.

Muzycy często chcieli coś przekazać lub opowiedzieć . „…Jedni patrzeli na to zgorszeni, inni zaś zachwyceni, że drwimy z wielkich instytucji. Myślę, że dawaliśmy poczucie wolności”. „Dzisiaj nie podpieramy się żadną ideologią…Na koncertach wydawało się, że za chwilę nam…pałami, albo nas zamkną. Natomiast dzisiaj możemy tylko i wyłącznie wyjść i zagrać”- wspominał wokalista zespołu Perfect, Grzegorz Markowski. Występy zespołów i teksty piosenek były oderwaniem właśnie od tej szarej rzeczywistości otaczającej ludzi i wsiąkającej w ich ciała.

Sylwia Karpińska, klasa II LZB

 

ComicCon – czy warto?

Jest 27 października, sobota, godzina 9:37. Siedzę w zatłoczonym autobusie, nie mogąc się doczekać dotarcia na miejsce. Jadę właśnie do hali Ptak Warsaw Expo w Nadarzynie na – jak to określają organizatorzy – największy festiwal popkultury w Polsce, a wkrótce w Europie Centralnej, czyli Warsaw ComicCon.

Nie mogę za dużo opowiedzieć o konwentach oraz atmosferze, która na nich panuje, ponieważ ComicCon był moją pierwszą imprezą tego rodzaju. W niedalekiej przyszłości planuję pojawić się jeszcze na kilku i może wtedy – mając porównanie – inaczej spojrzałabym na organizacje takiego przedsięwzięcia. Ale czy jako kompletna amatorka konwentów, pojechałabym jeszcze raz?

Zacznijmy od początku:

Ptak Warsaw Expo znajduję się w Nadarzynie, czyli jakieś 25 km od centrum Warszawy. Co się później okazało, dojazd z centrum Warszawy komunikacją miejską zająłby od 1 do nawet 1.5 godziny. Na szczęście organizator CC proponuje transport darmowymi autobusami z centrum aż pod samą halę, co było moim wybawieniem. Podróż takim autobusem trwa różnie – raz udało mi się dojechać jedynie w 35 minut! Autobusy jeździły dość często – co 5-15 minut. Darmowej komunikacji zarzuca się niemiłosierny tłok, walka o miejsce(nawet stojące) czy opóźnienia – ale muszę przyznać, że to nadawało wydarzeniu prawdziwy klimat. Podróż wśród ludzi przebranych za różnorodne postaci z popkultury, dyskutujących o wszelakich tematach potwierdza to, że nie pomyliliśmy autobusu.

Specjalnie przyjechałam na sam początek imprezy, kiedy jeszcze było stosunkowo mało ludzi, aby w spokoju się rozejrzeć. Warsaw ComicCon jest połączony z drugim wydarzeniem – Warsaw Games Show, co bardzo poszerza imprezę. To co takiego naprawdę oferuje nam ten konwent?

ComicCon głównie słynie z zaproszonych gwiazd i otóż to: mogliśmy spotkać tu aktorów z The 100(Ricky Whittle), Pamiętników Wampirów(Paul Wesley), Gry o tron(Eugene Simon) czy Władcy Pierścieni(John Rhys Davies). Każdy zaproszony gość miał swój własny, trwający około 30 minut, panel, na którym fani mogli zadawać im pytania. Ponadto była możliwość wykupienia zdjęcia, bądź autografu z wybraną gwiazdą.

Na ComicConie nie tylko możemy spotkać aktorów, ale również autorów, rysowników, cosplayerów, blogerów czy youtuberów. Każdy z nich prowadził swój własny wykład na daną tematykę, niektórzy przeprowadzili dyskusję na temat swoich dzieł wśród publiczności, niektórzy wyjawili techniki swojej pracy, a jeszcze inni skupili się na pytaniach od widzów. Między innymi można było spotkać: Andrzeja Pilipiuka, Michała Gołkowskiego, Papcio Chmiela, G.F. Darwin, Cyber Mariana, Naruciaka czy Carlosa Blancharda.

Oprócz tego w strefie komiksu czekała na nas wystawa z okazji 100-lecia komiksu w Polsce, Strefa movie gate, gdzie można było zobaczyć oryginalne rekwizyty z planów filmowych(Między innymi z Piratów z Karaibów czy ze Star Warsów), strefa gier planszowych, gdzie pojawiły się najnowsze pozycje, strefy telewizyjne, gdzie można było dowiedzieć się o pracy telewizji od kuchni czy specjalne zagospodarowane miejsca na zlot fanów poszczególnych seriali. Nie można zapomnieć o stoiskach z gadżetami, gdzie można było kupić dosłownie wszystko – od lodów tajskich po tablety graficzne. Ponadto można było zostawić po sobie pamiątkę, wpisując się na olbrzymią tablicę z logiem ComicConu.

Mimo iż uważam, że Warsaw ComicCon nie jest idealny pod względem realizacji, to nie mogę mu jednego odmówić – atmosfery. Ludzie na takich wydarzeniach są zazwyczaj bardzo otwarci, tu nie mogło być inaczej. W kolejkach, przy budkach z jedzeniem czy nawet przechadzając się po holu – można poznać masę wspaniałych ludzi zjeżdżających się z całej Polski(i nie tylko!), tylko, aby spędzić miło czas. Nie mogę się doczekać, aby zarezerwować bilety na kolejną edycję!

Recenzja książki ,,Ciemna strona” Tarryn Fisher

Recenzja książki ,,Ciemna strona” Tarryn Fisher

     Nadszedł listopad. Poranki  spowija mgła, a dni są krótsze i pochmurne. Z drzew opadły już wszystkie złote liście, które czyniły tą porę roku piękną. Wieczory zrobiły się długie i chłodne. Dla wielu  to idealny czas na przeniesienie się do innego świata za pomocą książki.  A gdyby tak wejść do głowy kogoś, kogo dusza jest mroczniejsza niż jesienne noce? Właśnie to zapewnia nam thriller psychologiczny ,,Ciemna strona” autorstwa Tarryn Fisher.

     Książka opowiada historię sławnej pisarki Senny Richards, której powieść znalazła się na liście ,,New York Timesa” oraz została zekranizowana. W dniu swoich 33 urodzin budzi się…no właśnie sama nie wie gdzie. Szybko zdaje sobie sprawę, że została porwana. Ale po co, jak i przez kogo? Razem z nią zostaje uprowadzony też Isaac, mężczyzna z jej przeszłości. Czemu oni? Gdzie są i jak się stąd wydostać? Czemu wszystko wydaje się tak idealnie zaplanowane? Czy porywacz prowadzi z nimi grę? Żeby znaleźć odpowiedzi na te i inne pytania Senna  musi dokładnie przyjrzeć się swojej przeszłości, która skrywa mroczne tajemnice… 

 Jednak czytelnik ma jeszcze więcej pytań, a najważniejsze z nich to: co łączyło tę dwójkę i czemu główna bohaterka jest taka…dziwna? 

Poznając Senne dowiadujemy się, że stroni od ludzi. Odchodzi zanim to oni zdążą odejść od niej. Nie zadaje pytań, żeby nie rozwinąć relacji. Jest arogancka, cyniczna, oschła, powściągliwa i zdystansowana w stosunku do każdego. Podejmuje  decyzje, których czytelnik nie rozumie. Wydaje  się, że robi wszystko, aby odsunąć od siebie ciepło i uczucia innych ludzi. Gardzi pomocą, bez której nie jest w stanie przetrwać.

 Najpierw bohaterka może być dla czytelnika odpychająca, jednak z czasem zacznie jej współczuć z całego serca. Bowiem odkrywając przeszłość Senny dowie się jak wiele nieszczęść ją spotkało i być może to one ją ukształtowały. Każda tragedia odbierała kolor jej duszy i zostawiała ogromny ślad na jej psychice.

 Najważniejsze co trzeba wiedzieć to to, że ,,Ciemna strona” nie została napisana po to, aby miło spędzić przy niej czas. Ta powieść ma wywołać w nas emocje. Obrzydzenie, przerażenie, złość, zaskoczenie, bezsilność i ogromny dyskomfort to uczucia, które towarzyszyły mi podczas czytania tej książki. Nic  pozytywnego, czemu więc zafascynowała mnie ta książka? Powieść jest naprawdę dobrze napisana. Wydaje się  chaotyczna i skomplikowana, ale wszystko jest idealnie zaplanowane i połączone ze sobą. Choć akcja książki nie pędzi w szalonym tempie, a ja nie przeczytałam jej  jednym tchem to ciekawość towarzyszyła mi do ostatnich linijek tekstu.

 Czytając  ciągle towarzyszyło mi uczucie niepewności. Nie wiedziałam, co za chwilę spotka bohaterów, a już w ogóle nie mogłam się domyślić, jak to wszystko się skończy. A to dlatego, że Fisher nie oszczędza swoich postaci i zrzuca na nich coraz to nowe nieszczęścia. Książka jest brutalna, ale to dlatego, że opisuje życie takim jakie jest. Postacie stworzone przez pisarkę  są naprawdę wyraźnymi bohaterami z ogromem wad. To może odrzucać czytelnika, ale może też sprawić, że dostrzeże w Sennie lub Isaacu cząstkę siebie i wydadzą się mu bliscy, bo każdy z nas ma swoją ciemną stronę.

     Dla mnie ta książka była naprawdę ciekawym doświadczeniem literackim, bo jest tak bardzo inna od wszystkiego, co  czytałam. Dlatego z pewnością sięgnę po inne mroczne dzieła Tarryn Fisher. Jednak nie mogę tej książki polecić każdemu, ale mogę wam zagwarantować, że nawet  jeśli to nie wasze klimaty, to ciekawość i niepewność zmuszą was do  doczytania ostatnich linijek. Bo zaczynając tą historię musisz poznać jej koniec. Ona hipnotyzuje.

Aleksandra Zielińska ,klasa ILOL

„1 X 2018”

          Przez okno wpadały jasne promienie porannego słońca. Ogromny zegar dzwonił, by poinformować jak najwięcej osób w domu, że właśnie wybiła godzina dziewiąta. Z łóżka wstał mężczyzna w wieku dwudziestu sześciu lat. Spojrzał na kalendarz wiszący nad biurkiem. „Wolne”, mruknął. Skierował się do kuchni, gdzie sięgnął po kawę.
Dni, takich jak ten, nienawidził. Był, jak to mówił, niby wolny. Oznaczało to tyle, że nie musiał iść do pracy, ale musiał posprzątać bałagan, a jak to zrobi, nie będzie miał nic do roboty. Nie znosił bezczynności, bo w tedy cały czas myślał o tym, czego nie zrobił lub zrobił źle.
Zanim wziął pierwszy łyk, poszukał małego białego pojemniczka i wyjął z nich dwie pigułki. Za każdym razem, gdy je widział, coraz bardziej był wściekły na siebie, że nie może sobie poradzić bez nich. Tak na prawdę nawet z nimi niewiele sobie radził.
Jak można sobie radzić, gdy jest się samotnym, ma się  depresję i do tego Alzheimera? A, nie wolno zapomnieć o pracy. Szef naprawdę w niego wierzy, jeszcze się nie zawiódł. Co by to była za katastrofa, gdyby coś źle zrobić!? A może zawiódł, tylko o tym nie pamięta? Dobrze, że jest tylko… O kurczę, kim jest z zawodu?
Po skończeniu kawy zorientował się, że tabletki nadal leżą w jego ręce. Smutno odwrócił wzrok na szafeczkę wiszącą wysoko w koncie. Ponoć popijanie leków alkoholem nie jest dobrym pomysłem… No cóż, ale to nie jest pomysł, tylko czynność… Przynajmniej tak się wydaje temu o to mężczyźnie, który niewiele myśląc poszedł po flaszkę. Musiał opróżnić kieliszek pięć razy, zanim z wódką do żołądka trafiły leki. Czy to przez Alzheimera, czy przez depresję, sam nie wiedział. Grunt, że w tej chwili zrobiło mu się lepiej.
Znowu wrócił do poprzedniego pomieszczenia, musiał ponownie sobie przypomnieć jaki dziś dzień. Ach tak, wolne. Jak cudownie, cały dzień będzie mógł spędzić na robieniu tego, co mu się tylko podoba. Tylko najpierw odrobinę posprząta, ale nie to nieduży problem. Przecież ma całe dwadzieścia sześć lat! Nie jest już dzieckiem!

          Czemu nikt tego nie rozumie?! Nie jestem dzieckiem! Nikt mi nie będzie mówił co mam robić! Gdzie on jest! Ja mu pokażę! Gdzie ten idiota z Alzheimerem! Myśli, że ma ciężko? TAK?!

          Wszedł do łazienki. Spojrzał się w lustro i zobaczył go. Jedno oko przekrwione, jedno patrzące ślepo w dal.

– Kim ty myślisz, że jesteś?!
– Ja jestem, ten, który jestem.
– NIENAWIDZĘ CIĘ!
– Przebaczam ci, bo nie wiesz co mówisz.
– ZAMKNIJ MORDĘ!

        Zaczęła go boleć głowa, więc usiadł na sedesie i schował głowę w ramionach. Gdy się uspokoił, rozejrzał się po pomieszczeniu. Jest w łazience. W jego pokoju nad biurkiem znajduje się kalendarz. Mężczyzna wstał i udał się w tamtym kierunku. Jaki dziś dzień? Oczywiście, pierwszy października. Czy brał już leki? Pusta szklanka po kawie i kieliszek po wódce mówią same za siebie. No tak, znowu to zrobił. Od miesiąca to samo.
Usiadł przy biurku. Teraz pora na codzienną sesję przypominania sobie, kim się jest. Zaczyna się od lewej: zdjęcie jakiejś kobiety w czarno-białych barwach, na ramce wisi czarna wstążka, pod fotografią karteczka z imieniem zmarłej tragicznie żony. Tuż obok ta sama kobieta w widocznej ciąży. Świetnie! Więc nie tylko wdowiec, a jeszcze niedoszły ojciec. Dalej: lista zakupów z zeszłego tygodnia, przeciwsłoneczne okulary, dziennik, kolejne zdjęcia… Chwila… Chyba coś ważnego pominął… Ach, no przecież! Okulary przeciwsłoneczne w jesień? Zapomniał ich odłożyć do szuflady. Teraz dobrze. Jeszcze kilka zdjęć i zajmie się dziennikiem. Ach, nie ma więcej zdjęć. W sumie nic dziwnego, czyje zdjęcia mógł jeszcze mieć?

         No to pora zająć się dziennikiem. Tylko że… Jest zapisany szyfrem. Czemu? Po co miałbym pisać dziennik szyfrem? Przecież łatwo go mogę zapomnieć. Tak naprawdę… Nie pamiętam go.

         Z książeczki wysunęła się karteczka.

         Co to? Ach, no tak! Jaki ja jestem głupi! Nie dość, że zapisałem swoje sekrety w szyfrze, którego nie znam, to jeszcze klucz do nich schowałem razem z nimi! IDIOTA! I-D-I-O-T-A!

         Na karteczce było napisane:  „znaleźć kolumnę liter najdalej na prawo na stronie, poszukać literę znajdującą się najniżej w tej kolumnie, potem wypisz co drugą literę idąc w górę od tej litery i jak kolumna się skończy, powtórzyć to następnymi – w kolejności od prawej do lewej. Gdy to zrobimy jeden raz dobieramy pozostałe litery w ten sam sposób, aż wszystkie znaki zostaną użyte.”

         Tym szyfrem dowiedział się, że nazywa się Aleksander i że nie ma nazwiska.

Kacper Piątek klasa I LOI