Szalona osiemnastka w podróży transsyberyjskiej. Część II

3 dni w pociągu
Nie będę opisywała każdego poranka, południa i nocy, bo wygląda to prawie identycznie. Ale jest kilka sytuacji, które aż się proszą o zapisanie i zapamiętanie.
Po wejściu do pociągu mam mały problem z noclegiem, bo nocuję trochę dalej niż cała grupa. Szybko porozumiewam się na migi z pewną panią, która koniec końców przenosi się ze swojego łóżka na moje miejsce. Dzięki temu jestem w przedziale z Solistami. Jeżeli chodzi o warunki w trzeciej klasie – tej „najgorszej”, w której jestem- to, ku mojemu zdziwieniu, są naprawdę dobre. Każdy ma swoje łóżko i pościel zapakowaną w torebki ,co świadczy o tym, że nikt wcześniej nie używał tego, co dostał. Jest czysto i widać, że prowadnicy- osoby pilnujące porządku- o wszystko dbają.
Po przenosinach, obok nas, na wolnych łóżkach siada grupa młodzieży… Nie wiem czy są oni Rosjanami, bo raczej nic nie mówią, więc pytam jednego z nich po polsku, z kim podróżuje.
– English please?
Chyba nigdy tak się nie ucieszyłam, że ktoś mówi do mnie po angielsku! Do tej pory spotkałam tylko 2 osoby, z którymi mogłam troszkę porozmawiać. Szybko klikam włącznik w mózgu z obcym słownictwem i pytam o to samo, tym razem tak, żeby zrozumiał, o co w ogóle mi chodzi.
– Oh! With sister, her baby- na oko ma mniej niż rok- and my friends- odpowiada.
Potem mówi, że są z Peru, ale mieszkają w Rzymie i od jakiegoś czasu podróżują po Europie. Teraz przyjechali do Moskwy, pozwiedzali, wsiedli do pociągu i jadą na mecz swojej reprezentacji
😊 Kiedy tak sobie rozmawiamy i mówię, że jesteśmy z Polski, on momentalnie łączy to z Robertem Lewandowskim i naszą kadrą. Zakręconych historyjek o przygodach i spotkanych na swojej drodze ludzi również nie brakuje. Właśnie w taki sposób mija mi godzina i na zegarku pojawia się 3: 30.

Dzień później zapychają się dwie łazienki. A tylko one dwie są do dyspozycji 52 osób.

-Super- myślę sobie.

Każdy z naszego wagonu musi korzystać z toalety, która znajduje się w sąsiednim przedziale drugiej klasy… Czyli wszyscy z obu przedziałów (ponad 70 osób) mają do wyboru kabinę numer jeden lub numer dwa.
Całe szczęście pod wieczór sytuacja polepsza się i wszytko działa jak należy- akurat, gdy zaczęły mnie nachodzić mroczne myśli, jak tyle osób da radę w jedynie dwóch łazienkach. Ważne, że dobrze się skończyło!

Dosyć ciekawą rzeczą jest też to, że przez 3 dni w pociągu mijam 5 stref czasowych, ale obowiązuje godzina moskiewska. Działa to tak- jadąc nie zmieniam nic w zegarku, dopiero w Irkucku dodaję 5 godzin i ruszam dalej, jeszcze dalej…

7 dzień
Po trzech dniach spania, leżenia i rozmów, wstaję dosyć wcześnie, ale nie ze swojej winy. O 7:30 czasu lokalnego (+6 od Polski) pociąg zatrzymuje się w Irkucku- celu transsyberiady. Dopinam plecak, kończę kanapkę, dopijam herbatę i wysiadam.
Dość szybkim tempem idę na przystanek tramwajowy, wsiadam do zmęczonego upłyniętym czasem środka transportu i kilkanaście minut później wysiadam. Nie mam w tej chwili za bardzo czasu na rozglądanie się, więc przechodzę przez pasy i jestem przy dworcu autobusowym. Właśnie tu oddaje bagaż, żeby go nie dźwigać i biegnę zwiedzić choć troszkę Irkucka. Dopiero teraz zwracam uwagę na wszystko, co jest dookoła- mijane samochody, kobiety, dzieci, budynki, restauracje, muzea… i po kilkuset metrach mogę zauważyć to, z czego słynie miasto. Zapadające się domy. Tak tak. Robią to same. A może raczej dlatego, że zostały zbudowane na zmarzlinie. Przez rok- roczne zamarzanie i rozmarzanie, grunt jest na zmianę twardy i miękki. W momencie, gdy coś jest plastyczne- tutaj gleba- to gdy na to dołożymy drugie coś- dom, sklep- to w pierwszym zrobi się dołek i powoli „wchłonie” inną rzecz. Oczywiście w Irkucku nie wszystko jest niżej niż górna warstwa ziemi, ale dużo budynków mieszkalnych ma okiennice tuż nad trawnikiem albo krawężnikiem.
Wchodzę też do soboru oraz cerkwi i udaje mi się zobaczyć z zewnątrz malutki, polski element- kościół chrześcijański, opisany na tablicy informacyjnej właśnie jako nasz narodowy. Drewniany i nieduży, aktualnie odrestaurowywany albo naprawiany.
Zdecydowanie spokojniejszym tempem idę na obiad (u mnie pierogi z ziemniakami i grzybami, nic specjalnego ani w smaku, ani w wyglądzie) i przez godzinę odpoczywam.
Po południu wracam na dworzec, biorę bagaż i idę do marszutki- malutkiego busa, którym telepię się z grupą 300km, aż na wyspę Olchon. Czemu nie napisałam po prostu jedziemy? Drogi w Rosji są gorsze niż w naszym kraju, – dół na dole, kolejny, zakręty-a jedziemy chyba 100km/ h. Dodatkowo jest duszno, gorąco i ciasno. Ktoś sprawdza temperaturę w środku- jest 40 stopni przy 25 na dworze. Jakiś koszmar. Warunki w kolei były all inclusive, jak o tym myślę podczas jazdy tym małym ciemnym pojazdem. Oczy powoli się zamykają, doły przestają tak bardzo przeszkadzać, muzyka z głośników zdaje się być cichsza. Udaje mi się usnąć na dosłownie kilka minut, ale czuje gwałtowne hamowanie. Oczywiście się budzę. Marszutkę zatrzymuje policja. Mogę się założyć, że kierowca przekroczył dozwoloną prędkość. Mężczyzna płaci, wsiada i rusza. Jedzie wolniej, spokojniej. Tylko uśmiecham się na myśl, że droga minie mi w lepszych warunkach i nagle Rosjanin znowu dociska gaz… Tyle zdążyłam się nacieszyć. Chociaż może to i lepiej, że się obudziłam, bo mam szansę popatrzeć na zmieniający się krajobraz. Las brzozowy zaczyna zanikać, a w miejsce drzew liściastych pojawiają się iglaste. Coś jak tajga. Po pewnym czasie i świerki zaczynają rosnąć coraz rzadziej, rzadziej, aż w końcu dookoła widzę już tylko trawy. Młode, niskie, zielone i stare, wyższe, złociste.
Po 4 godzinach dojeżdżamy do Bajkału. Woda błyszczy się od promieni słonecznych, fale odbijają się od skał…
– Wysiadać- przemyślenia przerywa mi kierowca.
Biorę swój bagaż podręczny i wchodzę na pokład statku, którym dopłynę na brzeg największej wyspy na jeziorze.
Po 30 minutach, znowu wsiadam do marszrutki. I tutaj zaczyna się szaleńcza jazda. Na Olchonie nie ma dróg brukowanych, kostkowanych, asfaltowych. Jest za to piaszczysta czteropasmówka.
Dość ważne jest też to, że mieszka tu 1500 osób. Na calutkiej wyspie. Aż niewiarygodne ze na tak pięknym terenie żyje tylko tyle ludzi.
Po kolejnej godzinie w końcu zatrzymujemy się na dobre. Jesteśmy obok domków, w których będziemy nocować dwa dni. Zabieram plecak i wchodzę na teren tymczasowego domu.
Wszędzie rosną kwiaty, pełno jest zieleni. Idę dalej i widzę altankę, bujawkę i domowy ogródek warzywny. Właścicielka pokazuje nam, gdzie będzie nasz pokój i właśnie tam zmierzam. Wspinam się po drewnianych schodach do drewnianego domku, otwieram drzwi i jestem. Dwa łóżka, stolik, szafka z dwoma wieszakami i zlew. Toaleta jest jakieś 30 metrów dalej. Jest to budka z ubikacją- dokładniej muszla, a pod nią dziura wykopana w ziemi. Kuchnia jest otwarta dla wszystkich – są palniki, lodówka, czajnik. Wszytko super, ale tak zupełnie szczerze to najbardziej interesuje mnie czy jest prysznic. I kurde JEST! Nikt sobie nie zdaje sprawy jak bardzo jestem szczęśliwa. Chyba że ktoś nie mył się co najmniej 3 dni. Prysznic to najlepszy wynalazek ludzkości w tym momencie.
Po lekkim rozpakowaniu, wyciągam Mugge- spray przeciw wszelkim robakom, którą pryskam ręce i nogi, bo spacerkiem idę do sklepu. Tam szybkie zakupy na kolację i śniadanie, po których przebywam tą samą drogę do domków.
Kilka minut później jestem w altance, gdzie razem z grupą szykujemy jedzenie- takie jak codziennie, czyli chleb+ dodatki (ser żółty i topiony, salami, ogórki, pomidory, papryki i dżem). Czuje, że przez miesiąc nawet nie spojrzę na pieczywo… kilkanaście dni jedzenia prawie tego samego jest wystarczająca.
Wieczorem na Olchonie bardzo spada temperatura. Myślę ze w ciągu dnia było koło 25 stopni, a przy kolacji 13. Gruba bluza i długie spodnie obowiązkowe!
I tutaj przedstawiam gwóźdź programu, czyli wspomniany prysznic. Nie spodziewałam się, że tak bardzo zatęsknię za czymś takim, ale uwierzcie- to luksus mieć łazienkę. No i być czystym i pachnącym.

Karolina Kownacka ,klasa III LOT